Incepcja
Miałam być zachwycona. No dobra przynajmniej miało mi się podobać, wciągnąć, zaskoczyć, miało być czymś innym. Incepcja. Przez dwie godziny próbowano mnie wciągnąć do świata podobnego z Matrixa, próbowano niezwykle nieskutecznie. Szkatułkowa forma została wykorzystana w niezwykle schematyczny sposób. Płaszczyzny miały ten sam schemat, w zasadzie różniły się tylko ilością oddanych strzałów i scenerią. Do tego sztucznie według mnie wywołana głębia głównego bohatera, i mimo wszystko brak suspensu (od conajmniej połowy filmu). A całość nijaka wizualnie. No właśnie na zdjęcia też bym pomarudziła - jedyna sceneria, która mnie porwała i zachwyciła to moment treningu architekta (oglądając ostatnio filmy z USA odnoszę wrażenie, mają obowiązek umieszczania co najmniej jednego architekta jako bohatera...) i zaginanie przestrzeni Paryża wbrew prawom fizyki... a przecież Batman był tak porywający! I ta dziewczyna, architekt - mądrala życiowa wiecznie z bandamką na szyi (czy to coś symbolizuje?), która wszystko wiedziała, a swą wiedzę przekazywała za pomocą głębokich myśli złożonych z wielkich słów... nie, nie tak miałam powrócić do raportów z kina, ale aż mnie palce swędziały żeby się pożalić. Może tak bardzo związałam się ze swym otoczeniem i do niego na sztywno przylgnęłam, że sny do mnie nie przemawiają? Nie mniej jednak i to wyjście do kina ma swoje plusy - kiedy historia na ekranie nudziła mnie na tyle, że myślami podążałam gdzieś indziej przypomniał mi się film, nieporównywalnie lepszy, formalnie podobny, który zachwyca, choć bez efektów specjalnych, wciąga i zaskakuje - Pamiętnik znaleziony w Saragossie - film, książka, które pokazały, że lektury szkolne wcale nie koniecznie muszą być nudne i sztampowe. A ja wyraźnie wraz z przykręceniem klimatyzacji w salach kinowych staję się wymagająca.
New york, i love you
Jak nakręcić film o mieście? Czy to powinien być obraz jego mieszkańców, pierwsze wrażenie jakie robi na turystach? Film o architekturze, o jego historii? A może powinna być to chłodna obserwacja, taka którą prowadziła jedna z bohaterek – z kamerą w ręku jeździła taksówką, przechadzała się po ulicach, obserwowała mieszkańców, słuchała ich opowieści. Tylko taki materiał ciężko jest podciągnąć pod kino popularne jednocześnie mające promować dane miejsce. Producent wpadł na pomysł niezwykle chwytliwy - miłość. To uczucie i wszystkie jej odmiany są chyba najpopularniejszym z tematów, przyciągającym miliony do kin, księgarni i radia od zawsze. Pisze się miliony piosenek, książek, wierszy, kręci filmy, a temat wciąż zdaje się być niewyczerpany. Bo miłość zmienia wszystko. Wszystko jest niby takie samo jak zawsze, tylko zupełnie inne. Jest bardziej magiczne, mniej oczywiste? Gdyby udało się uchwycić to coś na taśmie filmowej... Zadanie niełatwe, ale nie jest niewykonalne. Założę się, że nie jestem jedyną osobą, która Nowy Jork z filmów Woodyego Allena wprost uwielbia. I w tym filmie też jest parę takich momentów, gdzie miasto się uśmiecha, puszcza oko do widza. Tylko mi cały czas przypominało się poprzednie dzieło Emmanuela Benbihy - Paris je t'aime. Film, który przyprawił mnie o ciarki, który pokazał magię Paryża. Oczywiście jak to zazwyczaj bywa w wielowątkowych opowieściach miał swoje lepsze i gorsze momenty, ale po wyjściu z kina otoczenie jawiło mi się w innych kolorach - poczułam się zarażona to pasją, którą wyrażał film. Film o Nowym Jorku nie jest zły, np. sposób powiązania historii ze sobą podoba mi się bardziej niż w historii paryskiej, ale to coś co przyprawia o dreszcze gdzieś się rozmywa... Są momenty, które chwytają za gardło - jak wątek nakręcony przez Natalie Portman, opowieść o staruszkach, czy fantastyczna rozmowa Chrisa Coopera przy papierosie. W wielu scenach widać błysk miasta, ale dla mnie to za mało. Czegoś mi zabrakło żeby uwierzyć Alicii Keys, że Nowy Jork jest jedynym takim miejscem na Ziemi.
Gran Torino
Walt Kowalski jest konserwatywnym, zgorzkniałym starcem, do tego potwornym rasistą. Jego lepsza połowa umiera wraz ze śmiercią żony, a sąsiedzi wyprowadzają się do lepszej dzielnicy. Zamiast nich pojawia się rodzina emigrantów z Azji, która nie dość, że narusza jego przestrzeń, to co gorsze jest dla niego wciąż miła. Weteran wojny koreańskiej wyznaje proste zasady - nie należy mu wchodzić w drogę. Tymczasem obok niego biegnie życie takie jakie znamy wszyscy: pełne zazdrości o piękny samochód dziadka, pogoni za pieniędzmi, zyskiem. Świat się zmienia na ten pełen prostych dróg do celu, żądzy, agresji, zazdrości. Najprostsze wartości jak dobro, miłość, rodzina tracą na ważności. W takim świecie znajduje się Walt - konserwatysta trzymający się swoich zasad, podejrzliwie patrzącego na zmiany jakie zachodzą dookoła niego. Sprawia wrażenie uśpionego kowboja, czekającego tylko na sygnał by rozpocząć swą krucjatę przeciw złu. Czara goryczy przelewa się gdy lokalny gang skrzywdzi córkę wiecznie miłych i bezinteresownych sąsiadów. Weteran budzi się do walki o sprawiedliwość. I, nie wdając się za bardzo w szczegóły, tak jak w każdym westernie dobro zwycięża zło, a czarne charaktery ponoszą karę. I tylko w finale jest już dawno po zachodzie słońca...
Videocracy
Ten film nie odkrył nic nowego. Pokazał wszystko co wiadomo od dawna i obserwuje się na co dzień - Media stanowią najwyższą i niepodzielną władzę w państwie. Tym ciekawiej ogląda się historię o telewizji i jej sile w kontekście Włoch, gdzie 80% społeczeństwa czerpie z niej opinie, i na której 90% czele stoi premier Silvio Berlusconi. Wideokracja to opowieść o specyficznej relacji pomiędzy telewizją, a jej widzami. To z jednej strony historia ludzi sławnych, bogatych, wpływowych. Z drugiej próba zaistnienia, bycia kimś, czyli pojawienia się na wizji i to w roli bardziej zauważalnej niż publiczność teletunieju. Poznajemy przyjaciela premiera - "białego człowieka w białym domu z białymi meblami" - potentata medialnego, który wedle upodobania faworyzuje gwiazdki telewizyjne i celebrytów; trenującego karate tokarza pragnącego zostać Włoskim połączeniem Rickiego Martina(ma niezauważalny talent piosenkarski) i Schwarzeneggera(12 lat trenuje karate) oraz Fabrizia Coronę - współczesnego Robin Hooda (zabierającego bogatym dla siebie), który obracając się wśród elity szantażuje ich zdjęciami z ukrycia. To opowieść o Włoszech, gdzie dziewczyny marzą o zostaniu Veline, czyli skąpo ubraną asystentką prowadzącego program, która nie ma prawa głosu, lecz co pewien czas wykonuje uwodzicielski taniec przyciągający uwagę widza. Czemu? Bo wszystkie marzą o piłkarzu za męża... Tymczasem mężczyźni prężą muskuły, ćwiczą, dużo czasu poświęcają swemu wyglądowi. Chcą być kimś niepowtarzalnym, rozpoznawalnym, znanym, bogatym. Wszyscy chcą być tak piękni jak postacie z telewizji, wszyscy chcą do telewizji. To takie powszechne...
Para do życia
Sauna już z samego założenia ma w sobie coś mistycznego. To miejsce, które przełamania wymaga już na progu. Wszakże nagość stanowi wciąż pewne tabu, dla niektórych barierę, dla części wręcz nieprzekraczalną. Film Joonasa Berghäll I Miki Hotakainen pokazuje, że wraz ze zrzuceniem z siebie ubrań bardzo często odsłania się dusza. Pewne jej elementy, głęboko skrywane problemy, doświadczenia znajdują ujście i wychodzą na wierzch. To te rzadkie momenty kiedy największy twardziel potrafi okazać wrażliwość małego dziecka.
Po seansie reżyser powiedział, że starał się stworzyć poetycki portret Fińskiego mężczyzny. Postaci, który kojarzy się z siłą charakteru, twardością. Okazuje się, że mężczyźni w Finlandii tylko pozornie są jak lodołamacze, które prą do przodu bez problemu pokonując przeszkody napotkane na drodze. Tak jak sauna wewnątrz pokazanego w filmie kombajnu, tak wnętrze lodołamaczy jest nieprawdopodobnie ciepłe i wrażliwe. Ich problemy, bolesne doświadczenia, przeżycia kumulowane wewnątrz hartują bohaterów, ale tak jak to bywa zazwyczaj również i dręczą. Najlepszym lekarstwem na ten rodzaj bólu jest wysoka temperatura. Bohaterowie filmu (wyłącznie mężczyźni) po przekroczeniu progu sauny opowiadają sobie bolesne historie z ich życia, z którymi ciężko im się żyje, pojawiają się łzy. W aspekcie próby pokazania 'portretu Fina' trochę mnie zawiodło takie dość jednostronne pokazanie problemu. Odniosłam wrażenie, że sauna staje się miejscem ciężkich rozmów i w zasadzie prowadzone są tylko takie... Jednak im bardziej zastanawiam się nad tym filmem tym bardziej myślę sobie, że moim błędnym założeniem było odbieranie tego, jako generalnego obrazu. Ten film to opowiedzenie o tym wspomnianym wcześniej ciepłym i wrażliwym wnętrzu, o pewnym katharsis, które w kulturze Fińskich twardzieli może być kojarzone właśnie z sauną. Cytując reżysera: Fiński mężczyzna w depresji nie pójdzie do lekarza co może być odebrane jako oznaka słabości - pójdzie do sauny.
Iron Man 2
Och jak się cieszyłam na majówkę, a wraz z nią odrobienie kinowych zaległości. I nawet dzisiejsza ulewa sprzyjała dobrym filmom... Ale jakoś nie wyszło - górę wzięły emocje i po raz kolejny przekonałam się, że może być wiele powodów do obejrzenia filmu. Nie jestem fanką ekranizacji komiksów, z superbohaterów uwielbiam właściwie tylko Batmana, a obsada Iron mana 2 nie zrobiła na mnie wrażenia - raczej szkoda mi dobrych aktorów spłacających kredyty takimi dziełami. Niemniej dwu godzinną walkę o uratowanie świata oglądało mi się bardzo dobrze, choć pewnie obcięła bym to starcie o parę scen, a niektóre bym mocno skróciła. Wzdychałam co i rusz do głównego bohatera, razem z nim łącząc się w bólu i czasem tyle wystarczy by wyjść z kina w pełni usatysfakcjonowanym. Tak sobie myślę, że takie filmy też są czasem potrzebne nawet jeśli nie czujemy katharsis, nie wnoszą absolutnie nic nowego, a na dodatek są sequelem. Tym razem nie będzie ani słowa o zdjęciach, scenariuszu czy grze aktorskiej- przestają mieć one jakiekolwiek znaczenie gdy na ekranie oglądam jak świat ratuje Robert Downey jr.
wyspa tajemnic
Nie wiem, czy powinnam była w ogóle wspominać o tym filmie. Nie lubię się bać, nie lubię filmów na których się boję. Poza tym, czy można mieć obiektywny stosunek do dzieła obejrzanego spod kurtki? Do widzianej połowy ekranu?
To był straszny film - oscylował jak dla mnie na granicy horroru. A swoją dwoistą formą doskonale odzwierciedla temat jakim jest schizofrenia. Historia prowadzona jest w dwóch płaszczyznach równocześnie, znacznie się od siebie różniących. Główna akcja osadzona jest w latach pięćdziesiątych, w ośrodku dla psychicznie chorych na wyspie podczas huraganu. To część pełna niedopowiedzeń, długich, niedoświetlonych ujęć, skupienia się na postaci. Druga płaszczyzna to świat fantazji, snu. Pełna efektów specjalnych, powtarzających się elementów i szokujących, mocnych zdjęć i nawiązań historycznych (okropne zdjęcia z obozu w Dachau). Wraz z rozwojem akcji obecność poszczególnych elementów w snach bohatera okazuje się być uzasadniona (a nie tylko ładnym dopełnieniem kompozycji), a po obejrzeniu całości wręcz oczywista, a ich znaczenie podane na tacy. Świat suspensu wraz z rozwojem filmu przenika się z wizjami, staje się coraz bardziej surrealny, a sny z kolei szokujące, ale i rzeczywiste. Całość prowadzi do dość zaskakującego zakończenia całej historii - i wbrew opiniom innych - mi się wydaje, że mocno dopowiedzianego. Nie jestem psychologiem, więc nie powiem, czy film stanowi dobre studium przypadku - mnie średnio przekonał. Dla mnie to raczej świetny scenariusz w dość przeciętny sposób zrealizowany. Okropne i okrutne zdjęcia nie wywołały we mnie nic poza szokiem i strachem. Nie zrelaksowałam się w trakcie oglądania, a z filmu nic nie wyniosłam. Po raz kolejny utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że nie lubię się bać.
nic osobistego
Idąc na ten film myślałam, że jak to bywa w katalogu festiwalowym - coś niecoś wiem ogólnie. Ku memu zaskoczeniu to, czego dowiedziałam się z opisu, to było jakieś 2 do 3 pierwszych minut filmu. Później, jakiś czas po seansie obejrzałam trailer i mam wrażenie, że już ten zdradził zbyt wiele... Tak, wydaje mi się że to jeden z tych filmów, na które trzeba iść nie wiedząc nic. Tym ciężej jest pisać o nim, nie opisując nic a nic.
Mi skojarzył się z Kieślowskim poczuciem wolności - porzuceniem swojego życia, jestestwa. Postawieniem w życiu grubej kreski i pozbyciu się dosłownie wszystkiego, co mogłoby choć przypominać nam o nas samych z przeszłości. To rodzaj ucieczki, a może próba odnalezienia takiego Siebie, który staje się całym światem, że reszta przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie? Pojawia się też relacja, a może tylko jej namiastka? Czysta chemia, coś więcej?
Będąc otoczonym wszechobecnymi mediami wiem wszystko - kto co lubi, dlaczego, po co, w jakim kolorze. Jeśli nie wiem, nie stanowi najmniejszego problemu dowiedzenie się - mało tego, czasem nie chcę wiedzieć, ale i tak się dowiaduję, bo znajduję się jak pod ostrzałem informacji z karabinu maszynowego. Jak łatwo się w tym wszystkim zatracić, pogubić. Istotne rzeczy umykają, prawda traci swą czystą siłę, rozmywa się gdzieś wśród natłoku informacji tylko teoretycznie ją opisujących. Ach jaki ten film był w tym kontekście orzeźwiający! Zresztą nie tylko w tym. Formalnie film mnie urzekł: Długie ujęcia, piękne, irlandzkie krajobrazy w swych charakterystycznych kolorach, wiatr, delikatna muzyka - wszystko z doskonałym wyczuciem zarówno estetycznym jak i postaci. To co zostało nam pokazane wydało mi się nieskazitelnie czyste i w gruncie rzeczy banalnie proste. Nie zostało zakłócone ani jednym zbędnym gestem, słowem przez co może wydawać się wielu osobom niezrozumiałe. O postaciach nie wiemy nic i nic osobistego się nie dowiadujemy czego niektórym widzom brakuje. Bo jak łatwo zapominamy, że nie zawsze trzeba wszystko wiedzieć, wystarczy być i czuć.
seabiscuit
Niektóre filmy mają wartość czysto sentymentalną, a jeśli do tego nie zostały fatalnie zrealizowane, automatycznie stawiane są wśród filmów najważniejszych.
Zawsze płaczę, gdy Seabiscuit po raz pierwszy pojawia się na ekranie powoli wychodząc z mgły. Jego historia różni się trochę od tego filmowego życiorysu, ale jest nie mniej dramatyczna.
W dzieciństwie wolny czas spędzał drzemiąc w cieniu drzew (pomimo narowistego ojca), jadł za dwóch (będąc niewielkiego wzrostu), i miał doskonałe pochodzenie - mimo to nie zyskał uznania u trenera. Ten wytrenował go na konia towarzyszącego chempionom. Wielokrotnie zmuszany do przegrywania, podczas swoich występów na torze robił to, do czego go przyuczono - przegrywał. Koń nie miał łatwego życia, wielokrotnie próbowano go złamać w celu osiągnięcia lepszych wyników. Stał się narowisty, a biegał wciąż przeciętnie. Później przyszła kontuzja i wszyscy byli przekonani, że to koniec jego kariery. I wtedy wraz z wielkim kryzysem ekonomicznym pojawił się właściciel z wizją, trener z pasją i dżokej, który tak jak Seabiscuit wciąż czekał na swoją szansę, pomocne wyciągnięcie ręki. Trzech mężczyzn odkryło niepokonanego Seabiscuita - konia roku 1938, który wygrał w wielkim i przepięknym pojedynku z olbrzymim War Admiralem (numer 13 na liście najlepszych amerykańskich koni wyścigowych). Był w dołku, ale się wygrzebał - dokonał rzeczy wielkich pomimo małego wzrostu. Stał się bożyszczem tłumów - nadzieją, symbolem odradzającej się Ameryki. Pokazał, że wyścigi to nie tylko prędkość, ale i waleczne serce.
'Każdy koń jest w czymś dobry (...) nie można przekreślać mu życia tylko dlatego, że los dał mu w kość'
chaos
Film, którego tytuł doskonale podsumowuje jego zawartość. Jest w nim chyba wszystko o czym można by nakręcić film. To absolutne zaprzeczenie prowadzenia filmu w sposób konsekwentny i z pomysłem. Tu idei jest co najmniej kilkadziesiąt, a sposób prowadzenia kamery, montażu... w stylu teledysku. Z tym, że wideoklipy mają zazwyczaj kilka - kilkanaście minut, Chaos trwa ponad dwie godziny. Po takiej dawce tak dynamicznych, kolorowych, krzykliwych zdjęć byłam bardzo zmęczona. Treść nie uspokoiła stylistyki - wspomniana wcześniej duża ilość pomysłów tylko podkreśliła formę. Ja wiem, że życie codzienne generalnie bliższe jest chaosowi. Nie jest za bardzo spokojne, żyjąc aktywnie. Nie zmienia to faktu, że po wyjściu z kina nasunęło mi się sporo pytań. Moje myśli kierowały się ku autorowi - Dlaczego ten film jest taki? O co mu chodziło? Bo jeśli chciał za pomocą żywego obrazu pokazać chaos - to dlaczego trwał on tak długo i dlaczego akurat skończył się w danym momencie? A może jednak wyczerpały się pomysły? Niestety chyba nie takich przemyśleń widza oczekiwał reżyser. Nie powiem, zdarza mi się intensywnie myśleć o tym filmie - zazwyczaj po przeczytanej, pozytywnej recenzji (szukam w niej czegoś, czego może ja nie dostrzegłam) czy doniesieniach o przyznanych nagrodach. Wtedy zazwyczaj uważnie czytam uzasadnienie i zastanawiam się, jakie musiały być filmy z którymi konkurował, że akurat on wygrał... Zawsze powtarzano mi, że 'less is more'.
wall-e
Znajomy kiedyś mi powiedział, że prawdziwa miłość jest jak wysoka góra - poszerza horyzont. Po obejrzeniu takiej historii trudno mi się z tym nie zgodzić. Gdy patrzyłam na wall-ego pokazującego Eve znalezione przedmioty aż mi się łezka w oku zakręciła. Ona dzięki niemu poznała ziemskie przedmioty, on w pogoni za nią odkrył wszechświat. Dwa roboty o ludzkich uczuciach wśród zmechanizowanych przez świat konsumpcyjny ludzi. Razem ocalili Ziemię od ekologicznej zagłady, sprowadzili na nią z powrotem ludzi i przyczynili się do powrotu cech człowieczeństwa w ich ludzkie ciała. Brzmi banalnie, ale historia nie zawsze musi być wyjątkowa - wystarczy że będzie dobrze opowiedziana. Ta prosta historyjka jest tak zgrabnie zrealizowana, że nie przeszkadza nawet brak słów. Jest dowodem na to, że kino ma tę przewagę nad radiem, że w filmie historię można opowiedzieć mimiką, gestem; przypomina, że one często znaczą dużo więcej. Oczywiście jak na amerykański film animowany aż kipi on od symboli, siły miłości i zjednoczenia, wygranej dobra ze złem i ekologicznego przesłania (to chyba nowość) - nie są to jednak upchane na siłę elementy, a zgrabnie ułożone kawałki całkiem niezłej całości. Urocze.
co nas kręci, co nas podnieca - film
Nareszcie! Powrót do Nowego Yorku zajął Woodyemu Allenowi 5 lat. Nigdy tam nie byłam, ale dzięki niemu już kocham to miasto. W swoich filmach stworzył miejsce cudowne, zmieniające ludzkie życie, uwalniające człowieka. Nowy York to miasto, w którym niektórzy znajdują miłość, zagubione dzieci, albo geja w skrajnie konserwatywnej duszy, a katoliczka w stylu Barbie nagle rozpoczyna artystyczne życie w trójkącie. Magiczne miasto - ciekawa jestem czy kiedykolwiek pojawiło się w napisach końcowych, obok nazwisk gwiazd?
Abstrahując jednakże od mojej ulubionej Allenowskiej postaci, na ekranie zobaczyłam też samego reżysera. Larry David na szczęście nie próbował go ani przedrzeźniać, ani naśladować. Fizycznie - podobny, ale nie przesadnie. Borys - genialny w swym przekonaniu Żyd narzeka na wszystko, a wszyscy są idiotami. I jest w tym więcej ujadania niż gryzienia, mówiąc za główną bohaterką, a nawet można powiedzieć, że samo ujadanie. Trudno stwierdzić czy jest szczęśliwy, jeśli nawet - to zaprzecza temu zapewne w sekundę po pojawieniu się tego uczucia. Na pewno jest wierny sobie, czyli bierze z życia cokolwiek, które urasta wręcz do rangi manifestu. Nic (nawet idee, religie) nie jest wieczne, pewne, stałe. Wszystko trwa najwyżej sekundę za sprawą miliona następujących po sobie przypadków. Czy da się być bardziej zgryźliwym?
Cieszę się, że nie wystraszyła mnie Vicky, Christina, Barcelona (w myśl mojej teorii spiskowej - największy product placement jaki widziałam na ekranie) ani przerażający trailer filmu. Swojego życia nie zmienię, katharsis nie było, ale za to uśmiałam się, rozluźniłam. I o to chodziło. Czasem nie da się osiągnąć wszystkiego, o czym kulejący bohater wie najlepiej... Chylę czoła mistrzowi sarkazmu i niepowtarzalnych dialogów.
an education czyli była sobie dziewczyna
Nie, nie jestem mędrcem. Wprawdzie czuję się starcem,
ale na pewno nie mędrcem. – Tak pod koniec historii mówi o sobie
bohaterka. Dziewczyna nie byle jaka – wzorowa uczennica prywatnego liceum z
perspektywą na stypendium w Oksfordzie. Cóż takiego się stało, że poczuła się
kilkadziesiąt lat starsza? Najzwyczajniej się zakochała się. Miłość ta
dostarczyła jej jeszcze jednej (być może nawet i najważniejszej ?) lekcji.
Dzięki Dawidowi poznaje knajpki z jazzem na żywo, bywa na aukcjach, wyścigach
psów – Dawid zabiera wreszcie ją do ukochanego i wymarzonego Paryża. Poznaje
życie dalekie od nudy, świat za którym tak tęskniła podczas długich godzin
spędzonych nad książkami. Dotychczas żyła w przeświadczeniu, że studia są
przepustką do wolności – że po dostaniu się do Oksfordu będzie mogła wreszcie
czytać co chce, słuchać francuskiej muzyki, a jej poglądy i indywidualny punkt
widzenia zostaną docenione. Tymczasem w deszczowy dzień zjawia się Dawid i nie wymagając
od niej świadectwa ukończenia liceum otwiera przed nią ten wolny świat, którym
się zachłystuje. I wcale nie zaskakuje fakt, że Jenny zatraca się w nim powoli,
że rezygnuje dla niego ze szkoły, dotychczasowego życia – ba, odkrywa nawet, że
jej wizja Oksfordzkiej wolności to fikcja. Katastrofa aż wisi w
powietrzu, ale ona otrząsa się i idzie dalej – doskonale wiedząc czego chce i
jak to zdobyć - dostaje się do Oksfordu. A tam ze świeżością jak gdyby
nigdy nic, przyjmuje obietnice zabrania jej kiedyś do Paryża. Przyjmuje je od samych chłopców, z którymi się umawiała. bo to byli chłopcy.
co nas kręci, co nas podnieca - zapowiedź
Jestem przerażona!!!! Właśnie widziałam zapowiedź, która mnie przestraszyła nie na żarty. Nie dość, że zostałam zaatakowana hasłami - Najśmieszniejszy film Allena, Allen jak za dawnych lat (tego typu narzucające się hasła pisane dużą czcionką zawsze wydają mi się podejrzane); to na dodatek pokazane fragmenty filmu, łagodnie rzecz ujmując nie śmieszyły mnie... co więcej nie rozpoznałam w nich typowego poczucia humoru, a właściwie wogóle żadnego nie znalazłam! I jeszcze ten beznadziejny podkład muzyczny...Byłam i jestem wciąż bardziej niż zdegustowana. Opuściłam kino, nie myśląc o filmie, który widziałam, a zachodząc w głowę - czy to możliwe żeby Woody Allen nakręcił coś, co zapowiada się na AŻ tak kretyński film?
Na szczęście istnieje youtube gdzie znalazłam amerykańśki zwiastun - o niebo lepszy. Także jeśli tylko zobaczycie na ekranie olbrzymi napis o najśmieszniejszym filmie Woody'ego Allena - natychmiast radzę zamknąć oczy i zatkać uszy, a w domu obejrzeć sobie to:
http://www.youtube.com/watch?v=7vvDhtfil3U
Na szczęście istnieje youtube gdzie znalazłam amerykańśki zwiastun - o niebo lepszy. Także jeśli tylko zobaczycie na ekranie olbrzymi napis o najśmieszniejszym filmie Woody'ego Allena - natychmiast radzę zamknąć oczy i zatkać uszy, a w domu obejrzeć sobie to:
http://www.youtube.com/watch?v=7vvDhtfil3U
Alicja w krainie czarów
Bajka o Alicji tak jak o Puchatku czy Piotrusiu Panu ma co najmniej kilkanaście znaczeń i niezliczoną ilość symboli, jest historią na tyle wielowarstwowa, że próba jej ekranizacji wiąże się z podjęciem wyboru – na czym się skupić? U Tima Burtona mamy Alicję, dziewczynkę z olbrzymią wyobraźnią, która nie do końca chce wyjść za mąż za lorda (będącego jej przeciwieństwem) czego oczywiście oczekuje od niej rodzina… Bohaterka nie wie kim jest, ale na pewno nie Tą Alicją, której wszyscy szukają (i to zarówno w, jak i poza króliczą norą). Buntuje się przeciw przeznaczeniu, za wszelką cenę chce decydować za siebie (nie wie jednak, że te wybryki też zostały przewidziane). Co prawda w tej kwestii mam wrażenie, że trochę za bardzo zbliżył się do Opowieści z Narni. Mamy zatem walkę z przeznaczeniem, uporczywe poszukiwanie samego siebie zakończone oczywiście sukcesem i na tym bym poprzestała. Nie oczekiwałam od Burtona bardziej skomplikowanej treści, przesłania ukrytego za milionem aluzji, symboli, alegorii – wręcz spodziewałam się swego rodzaju wariacji na temat Alicji. Przekaz filmu jest banalny, zrozumiały chyba nawet przez dzieci. Cały film jest jak na Burtona przystało bardzo kolorowy. Reżyser zabiera nas do swojego świata i muszę przyznać, że jest w tym konsekwentny. Wizualnie, w odbiorze Alicja bardzo przypomina mi zarówno Charliego i jego fabrykę czekolady, jak i Gnijącą pannę młodą. Wszystkie trzy filmy to ekranizacje bajek i szczerze mówiąc wcale mi nie przeszkadza przyjęta przez Burtona konwencja. Mówiąc o samej formie muszę zaznaczyć, że nie widziałam Awatara, ale po Alicji nie mam już potrzeby jego oglądania. Efekty podobno są gorsze od tych z filmu Camerona – mi wystarczyły i nawet się podobały, tylko szczerze mówiąc całe to efekciarstwo nie jest dla mnie naturalnym etapem rozwoju kinematografii, ale może nie znajduję w grupie docelowej tej technologii? Zwłaszcza, że poprzedzające film zapowiedzi zbliżających się produkcji w tej technologii nie zachęciły mnie zbytnio do ich obejrzenia, a nawet z ulgą odetchnęłam na myśl o 7 filmach, których nie czuję potrzeby zobaczyć!
Lourdes
Lubię filmy bez przypadkowych scen i bohaterów. Historie dokładnie przemyślane, konsekwentnie prowadzone, z postaciami niezbędnymi do pokazania myśli reżysera/scenarzysty. Takie jest Lourdes – wszystko jest tu na swoim miejscu, spójne, bez zbędnych ujęć, postacie pokazujące problem z różnych punktów widzenia – i sam pomysł. Film można odbierać w kilku płaszczyznach: jest tu pytanie o religię, cud, wiarę, nadzieję – czym są dla nas, czy i jaka jest ich rola i sens, o wartości. Tymczasem akcję filmu można określić jednym zdaniem: Kamera towarzyszy niepełnosprawnej dziewczynie w pielgrzymce do Lourdes. Opis sugeruje historię o nadziei na cud i głębokiej wierze. Bo z czymże innym kojarzyć się może grupa wierzących przybyła do świętego miejsca znanego z uzdrawiających mocy. Tymczasem już w drugiej scenie z jej ust pada zdanie: Przyjechałam tu, bo pielgrzymowanie to jedyny sposób na wyjście z domu. Ciach i wszystko niby jest jasne, dziewczyna traktuje wiarę jako narzędzie pozwalające na poznanie świata, kontakt z ludźmi, pielgrzymi ze zrozumieniem kiwają głowami, pokrzepiają, że to przemiana wewnętrzna jest tą najistotniejszą dla człowieka – wszakże ciało to tylko tymczasowe mieszkanie duszy. Niby, bo następuje zwrot akcji – ma miejsce cud – dziewczyna wstaje. I w tym momencie wychodzi na jaw niejednorodność całości, jaką jest pokazywana grupa - pokazują się ogromne różnice. Okazuje się, że wydarzenie budzi wiele skrajnych reakcji – od podważającego go lekarza, poprzez opinie, że stała się niesprawiedliwość (bo dziewczyna przyjechała do Lourdes pierwszy raz), po oddawanie mu czci. Zresztą i sama bohaterka ma wyraźny problem z odnalezieniem się w danej sytuacji. Następuje zderzenie rzeczy świętej, ze światem XXI wieku - zamiast pozytywnych emocji pojawiają się niemal natychmiast: zazdrość, zwątpienie, pycha. Okazuje się, że nadzieja bywa często potwornie egoistycznym uczuciem, że istnieje niezależnie od wiary, że wreszcie często tylko wydaje nam się, że wierzymy. Wewnętrzna przemiana, o któej często mowa w filmie okazuje się być trudną do zrealizowania i niesamowicie iluzoryczną. Trudne jest powierzenie Bogu swojego ciała, siebie samego i zdanie się na jego wolę - spełnienie naszych najgłębszych marzeń stawia nas przed konfrontacją z czymś, co jest kompletnie nieznane - innym środowiskiem, w którym tylko wydaje nam się, że świetnie się poruszamy. Każda z postaci prezentuje inną opinię na temat wydarzenia, prezentując różnice we współczesnym stosunku do świętości i duchowości. To brzmi banalnie, ale pokazane jest w niesamowicie spójny sposób, który nie drażni (między innymi dzięki świetnym dialogom i montażowi z wyczuciem) – choć zestawia obok siebie skrajności, pokazane czasem w wręcz sztampowy sposób. Myśli płynące z ekranu nie są nachalne, niektóre bardziej, inne mniej świdrują w głowie. Nie narzucają odpowiedzi, ba w ogóle ich nie dają. Historia ta stawia nam pytania, nie oceniając nas po naszych odpowiedziach.
Rocky
Co takiego jest w Rockym, że aż tak elektryzuje? Historia kina zna niezliczoną ilość podobnych historii o dostawaniu szansy od losu i jej wykorzystywaniu i przemianie głównego bohatera: jego dowartościowaniu, przewartościowaniu, awansie społecznym. O tych wszystkich elementach puzzli, z których składa się człowiek. Po ich ułożeniu często jak Rocky staje się z podniesionymi rękami do góry w geście zwycięstwa - zdobyty został upragniony cel. Takich historii powstało, i wciąż kręci się mnóstwo - część oparta na faktach, inne będące tworem wyobraźni. Większość z nich kurzy się na półkach archiwum, a do Rocky'ego powraca się nieustannie od dwudziestu lat.
The Hurt Locker
Powinnam zacząć od tego, że kino wojenne, obok horrorów należy do gatunków przeze mnie raczej omijanych. Te pierwsze są często dla mnie zbyt brutalne, na tych drugich najzwyczajniej się boję, a tego nie lubię. Na ‘Hurt locker’ trafiłam przypadkiem, czekając na rozdanie Oskarów. Pomimo pozycji horyzontalnej na kanapie i późnej pory seansu – nie usnęłam. Historia mnie wciągnęła, choć nie pochłonęła bez reszty. Paradokumentalny styl doskonale skomponował się z historią w zasadzie bez historii. Miałam wrażenie, że oglądam serię zdarzeń, a nie klasyczną opowieść. Dlatego też zdziwił mnie Oskar za scenariusz, którego obecności nie zauważyłam. Bynajmniej nie jest to zarzut, nie wiem nawet, czy systematyczne prowadzenie historii ku jakiemuś zakończeniu nie popsułoby efektu. Bo całość jest efektowna, a w filmie podoba mi się wiele rzeczy, od gry aktorskiej, na samym pomyśle i (wydaje mi się) autentyczności kończąc. Główny bohater jest saperem o życiu osobistym z którym chyba sobie nie radzi (a przynajmniej takie odebrałam z ekranu sygnały) i to nie dlatego, że jest ono skomplikowane, ale że go przerasta. Tak, jakby było zbyt trudne do opanowania. Przeciwnie jest z bombami – ryzykuje, często balansuje na krawędzi, spotyka się z krytyką ze strony kolegów (zarzucają mu zbytnią zuchwałość), ale w ich rozbrajaniu nie ma sobie równych. W zetknięciu z materiałem wybuchowym, błyskawicznie ocenia sytuację, jego ruchy są precyzyjne, i zdaje się czuć jak w swoim środowisku naturalnym. I po 365 dniach misja się kończy, a tym samym powrót do domu i życie bez ciągłego dopływu adrenaliny, balansowania na granicy – tylko z pozoru prostsze. Tę pozorność doskonale odzwierciedla scena zakupów. William ma kupić płatki, staje w supermarkecie przed półką, z co najmniej kilkunastoma ich rodzajami i okazuje się, że dokonanie wyboru jednych, najzwyczajniej go przerasta. I wcale mnie nie dziwi jego powrót na front (choć wcześniej wręcz liczone są dni do końca misji) gdzie czuje się jak w domu. Nieważne w tym filmie jest miejsce akcji, że to jest Irak, 21 wiek. Właściwa akcja ma miejsce wewnątrz umysłu bohatera, ciągłym poczuciu zagrożenia, uzależnieniu od adrenaliny i wreszcie asymilacji. Tak doskonałemu wpasowaniu się w krajobraz wojenny, że życie poza nim jest trudne, a może wręcz niemożliwe? I to wydaje mi się okrutnie prawdopodobne. Konflikt, ciągła walka gromadzą się w żołnierzach, którzy są jak pionki na szachownicy, a swój ból przechowują gdzieś bardzo, bardzo głęboko.
The ghost writer
Nie poszłam na Autora widmo. Wybrałam się na najnowszego Polańskiego. Niektóre nazwiska to jak marki, które predestynują jakość samą w sobie niewymagającą jej sprawdzenia. Dobrze, że rezerwację zrobiłam dużo wcześniej – jak przyszłam biletów już nie było. Ciekawe, czy gdyby Polański był na wolności ludzie równie chętnie wykupywali by bilety. Chciałabym żeby tak było. Marzy mi się dzień w którym ciężko będzie się dostać na najnowsze produkcje Almodovara, Inarritu, czy innych. Tymczasem, to co działa jak magnes są: skandal wokół reżysera, Harry Potter, najnowsze technologie użyte w kinie (mam na myśli Awatara, co akurat jestem w stanie zrozumieć). Inteligentne kino nie cieszy się dużym powodzeniem, a szkoda. Na ten temat mogłabym się rozpisać w nieskończoność, także może wrócę do filmu. Zapowiedź filmu sugerowała historię jakich wiele się realizuje po zachodniej stronie Oceanu z różnym skutkiem. I z takim nastawieniem szłam do kina – na inteligentny thriller, którego zakończenie nie będzie wymownie sugerowane od trzeciej sceny. Nie mogłam się powstrzymać od zgadywania zakończenia, i nie powiem, rozwiązanie niewiele odbiegało od moich przypuszczeń, ale za to jak się oglądało! Hitchcock mawiał, że w dobrym filmie widz powinien cały czas być utrzymywany w napięciu. I napięcie czuć było jak w najlepszych produkcjach noir. Momentami ( jak np. scena zeskoku z promu i następujące) czułam się w skórze bohatera (którego imię nie pada ani razu w filmie) i tak jak on traciłam grunt pod nogami nie wiedząc kto jest dobry, a kto zły. Jest duchem postacią, która właściwie mogłaby nie istnieć, albo istnieje, tylko nikt nie wie o jego egzystencji. Ciężko przeanalizować głębiej tą ewentualną symbolikę, znaczenie postaci, która de facto, patrząc z zewnątrz nic nie zmienia nie ujawniając zakończenia. Duch zatacza swego rodzaju koło. Drąży, próbuje coś zmienić, inwigiluje, ale przecież nie istnieje, więc jak cokolwiek ma być zmienione? Gdzieś pod powierzchnią spokojnej tafli trwa burzliwe dochodzenie, ale nie ujrzy ono światła dziennego, zresztą gdyby nawet – czy ktokolwiek wziąłby na poważnie słowa kogoś, kto jest duchem?
W jednych z głownych ról: Pierce Brosnan (powszechnie znany jako James Bond) i Samantha z Seksu w wielkim mieście (Kim Cattrall). Ich gra, nawet w najmniejszych ruchach nawet nie przypominała ich najpopularniejszych ról. Prowadzenie aktorów, dobór scenerii(z wszechobecną szarością), prowadzenie kamery z jakże precyzyjnie dobranymi kadrami, no i montaż (robiony przecież częściowo pod nieobecność reżysera) spowodowały, że nie zdziwiłam się jak po wyjściu z kina dowiedziałam się o przyznaniu mu Srebrnego Niedźwiedzia. Innych filmów konkurujących o tę nagrodę nie widziałam i nie wykluczone, że nagroda miała wymiar polityczny. Nawet jeśli, to niech Hollywodzcy reżyserzy zobaczą jak można z przeciętnej historii (scenariusz jest dla mnie wątpliwy – począwszy od jego autentyczności) stworzyć doskonały film noir. A zasługa w tym z pewnością Romana Polańskiego. I nie mogę się już doczekać, aż będę mogła znowu wybrać się na najnowszego Polańskiego.
królik po berlińsku
Królika pokochałam zanim jeszcze powstał. Bartek Konopka z Maciejem Cuske wpadli do nas na wydział z Kuracją i filmem o kozach, które były fantastyczne. I tak zaczęłam śledzić ich dokonania. Na koniec spotkania Bartek coś wspomniał, że wybiera się robić film o królikach co zostało przyjęte śmiechem. A później był zeszłoroczny Doc review, nagroda i mój zachwyt. Ciotka B. coś kręciła nosem na montaż, że film za długi. No może i tak... Ale zbyt długie zakończenie nie przeszkodziło mi w zakochaniu się w tych uroczych uszatych stworzeniach, które przecież są nami samymi (czy też raczej trochę starszym pokoleniem) I nie zgadzam się, że zostały uprzedmiotowione. Dla mnie to niechcący wplątane w historię naszej części Europy stworzenia, które jednocześnie mogą stanowić doskonałą bazę do symbolicznych opowieści. Dziwię się, że na pomysł takiej historii nie wpadł nikt wcześniej. A dzisiejszej oskarowej nocy liczą się dla mnie wyłącznie króliki...
unmade beds
Trzy tygodnie czekałam, dwa razy otarłam się o seans... i jakoś w końcu dziś wyszło. I wyszło najlepiej. Bo wszystko ma swój czas najodpowiedniejszy. Bo to nie jest film o szukaniu miłości, o jej znajdywaniu; o tym co przed, co potem i jak dobrze jest znaleźć to czego szukamy. Na ekranie spotkałam ludzi mających jasno postawione cele - wiedzieli czego chcieli, tymczasem nieznośnie trwonili czas, słaniali się z miejsca na miejsce, zapijali czas alkoholem. W pierwszym momencie rozdrażniło to moje poczucie obsesji nie marnowania czasu. Tylko, że oni nie trwonili tego czasu, ta bezczynność była im niezbędna. Pozornie wyglądało to na ucieczkę. Paniczny odwrót przed tym co musi nastąpić. Każde z nich miało marzenie, każde było o krok od jego spełnienia. Okazuje się, że stajemy naprzeciw tego, czego tak bardzo pragnęliśmy i ten ostatni krok jest najtrudniejszy. Na chwilę przed nim pojawia się dziwne uczucie, łączące pustkę, samotność, potworną chęć i przerażenie. Gdzieś wewnątrz odgrywa się olbrzymia bitwa pomiędzy strachem a odwagą do wystąpienia naprzód. Jak napotkana dzika zwierzyna, która jednocześnie jest ciekawa człowieka, ale i aż drży z przerażenia. Dla mnie to film o tych dreszczach, o uczuciu paniki, kiedy trzeba podjąć ryzyko i o tym, że niestety czasem okazuje się, że to nie jest moment na ich spełnienie. To film o tym jak my i nasze marzenia mijamy się jak pociągi na równoległych torach. I o tym, że nie ma co żałować jak się miniemy, nie ma co myśleć 'co by było...' bo okazuje się, że gdzieś jest stacja na której pociągi zatrzymują się równocześnie. Możemy gonić marzenia śledząc ich drogę by wyjść im naprzeciw, można też usiąść w miejscu i poczekać aż pociąg nadjedzie sam.... To bardzo optymistyczny film.
jarmusch
Pamiętam, że 'Kawę i papierosy' oglądałam do snu leżąc sobie w łóżeczku, czy też raczej powinnam powiedzieć starałam się obejrzeć walcząc ze snem. Tak, to zdecydowanie nie był film na którym bez trudu można by się skupić i śledzić akcję będąc w pozycji horyzontalnej i typowym stanie prawieżeśpiacym. Później było 'Broken Flowers', w którym te typowe kilku minutowe ujęcia, sceny bez słów tak szczelnie dopełniały całość i komponowały się, że nie to, że były niezauważalne, ale stanowiły niezbędny oddech dla toczącej się akcji poszukiwawczej. Gdzieś przed nim urzekający mnie Ghost dogc(który chyba podobał mi się najbardziej), Noc na ziemi (swego czasu wbiła mnie w kanapę). No i ostatni tytuł: The limits of control. Tytuł, którego nikt nie odważył się nawet tłumaczyć (podoba mi się takie myślenie). Na plakatach przykuwa uwagę: nowy rodzaj thrillera. Długo o tym myślałam, o tym, o filmie... i zmienia mi się zdanie z czasem muszę przyznać. Przysnęłam trzy razy, przyznaję się. I mogłabym faktem tym obarczyć niewyspanie, lekki kac, nadmierny wysiłek fizyczny, albo nieznośną temperaturę panującą w sali. I owszem, wyszłam z filmu z lekkim grymasem na twarzy podwarzającym geniusz tego filmu. Przyznaję się - byłam pewna, że gdyby ten film nakręcił ktoś z nieznanym nazwiskiem, a osoby pojawiające się na ekranie nie były by pokroju Tildy Swinton czy Billa Murray to film ten przeszedł by bez echa. Tak jak 'Castro' Alejo Moguillanskyego, pokazywany na ostatnim Festiwalu Warszawskim. Obie historie łączy zagmatwanie, pogoń (u Jarmusha bardziej w cudzysłowiu choćby ze względu na bijącą wręcz medytacyjną powolność) za kimś co kryje się wciąż poza ekranem i zasięgiem widza. Czymś co jest poza naszą kontrolą. Byłam przekonana, że film ten mogę sobie spokojnie odłożyć w te partie móżgu, które odpowiedzialne są tylko za archiwizowanie danych. Tak mi się wydawało, ale później zostałam zaatakowana entuzjastycznymi recenzjami, zachwytem innych. No i zaczęłam myśleć dalej. Bo może chodzi o te limity kontroli widza nad tym, co ogląda? Że nie każdy thriller kończy się tak jak myślę od średnio 10 sceny. Że guzik, tym razem nie mam żadnej władzy nad reżyserem, scenariuszem, aktorami - tym razem to reżyser zrobi tak jak chce, a nie jak ja się spodziewam... I wszystko byłoby dobrze, film zostałby przeze mnie zakwalifikowany jako dobry, ciężki i chyba nie do końca doceniony przeze mnie, ale niezaprzeczalnie istotny. Tak by było, gdyby nie recenzja Michała Oleszczyka w Kinie (02/2010). O mały włos nie przejechałam stacji metra, szczęka mi opadła i znaleźć jej nie mogłam. Zaskoczył mnie ten artykuł. To tak jak w reklamie kredytu, - agent nieruchomości przemienił dwupokojowe mieszkanie w cztero. Film objawił mi się w zupełnie innych barwach. I może momentami recenzja sprawiała wrażenie lekko/mocno naciąganej intelektualnie znajdując symbole, które może wcale nie były symbolami. Bo i ja zauważyłam hasła powtarzające się, i relację z kobietą w przeciwdeszczowym płaszczu, i zmieniające się kolory garniturów, ale wyraźnie nie zauważyłam niedostrzegalnego - a może to recenzent dostrzegł coś niewidzialne? Nie wiem, tego nigdy nie wiadomo. Wiem, że jedno zdanie utkwiło mi w głowie: '...zmiana jest wszechogarniająca, nawet jeśli pozostaje niedostrzegalna.' I coś w tym jest... Choć dla mnie morderstwo i tak pozostało zaplanowanym, a nie naturalnym następstwem zachodzących zmian.
PIERWSZY KLAPS
Długo można by myśleć od którego z filmów zacząć. Wogóle początki są trudne. Bo i od którego tu zacząć? Tego, którego pamiętam jako pierwsze, poważne dzieło obejrzane w moim życiu leżąc pod kołdrą w babcinym łóżku? pierwszy film, zobaczony dzięki instalacji telewizji kablowej? mój pierwszy festiwal filmowy? a może ten, do którego niezmiennie wracam co jakiś czas? Nie mam ulubionego filmu. Nie każdy film nadaje się na każdą okazję, nie każdy można z każdym obejrzeć. Nałóg rozpoczął się niewinnie, od wieczorów pod babciną kołdrą. Po wiadomościach babcia zasiadała w fotelu, mi udostępniając miejsce pod kołdrą i rozpoczynały się dla mnie najprzyjemniejsze chwile - wieczorne seanse filmowe...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
