wyspa tajemnic
Nie wiem, czy powinnam była w ogóle wspominać o tym filmie. Nie lubię się bać, nie lubię filmów na których się boję. Poza tym, czy można mieć obiektywny stosunek do dzieła obejrzanego spod kurtki? Do widzianej połowy ekranu?
To był straszny film - oscylował jak dla mnie na granicy horroru. A swoją dwoistą formą doskonale odzwierciedla temat jakim jest schizofrenia. Historia prowadzona jest w dwóch płaszczyznach równocześnie, znacznie się od siebie różniących. Główna akcja osadzona jest w latach pięćdziesiątych, w ośrodku dla psychicznie chorych na wyspie podczas huraganu. To część pełna niedopowiedzeń, długich, niedoświetlonych ujęć, skupienia się na postaci. Druga płaszczyzna to świat fantazji, snu. Pełna efektów specjalnych, powtarzających się elementów i szokujących, mocnych zdjęć i nawiązań historycznych (okropne zdjęcia z obozu w Dachau). Wraz z rozwojem akcji obecność poszczególnych elementów w snach bohatera okazuje się być uzasadniona (a nie tylko ładnym dopełnieniem kompozycji), a po obejrzeniu całości wręcz oczywista, a ich znaczenie podane na tacy. Świat suspensu wraz z rozwojem filmu przenika się z wizjami, staje się coraz bardziej surrealny, a sny z kolei szokujące, ale i rzeczywiste. Całość prowadzi do dość zaskakującego zakończenia całej historii - i wbrew opiniom innych - mi się wydaje, że mocno dopowiedzianego. Nie jestem psychologiem, więc nie powiem, czy film stanowi dobre studium przypadku - mnie średnio przekonał. Dla mnie to raczej świetny scenariusz w dość przeciętny sposób zrealizowany. Okropne i okrutne zdjęcia nie wywołały we mnie nic poza szokiem i strachem. Nie zrelaksowałam się w trakcie oglądania, a z filmu nic nie wyniosłam. Po raz kolejny utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że nie lubię się bać.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz