wall-e
Znajomy kiedyś mi powiedział, że prawdziwa miłość jest jak wysoka góra - poszerza horyzont. Po obejrzeniu takiej historii trudno mi się z tym nie zgodzić. Gdy patrzyłam na wall-ego pokazującego Eve znalezione przedmioty aż mi się łezka w oku zakręciła. Ona dzięki niemu poznała ziemskie przedmioty, on w pogoni za nią odkrył wszechświat. Dwa roboty o ludzkich uczuciach wśród zmechanizowanych przez świat konsumpcyjny ludzi. Razem ocalili Ziemię od ekologicznej zagłady, sprowadzili na nią z powrotem ludzi i przyczynili się do powrotu cech człowieczeństwa w ich ludzkie ciała. Brzmi banalnie, ale historia nie zawsze musi być wyjątkowa - wystarczy że będzie dobrze opowiedziana. Ta prosta historyjka jest tak zgrabnie zrealizowana, że nie przeszkadza nawet brak słów. Jest dowodem na to, że kino ma tę przewagę nad radiem, że w filmie historię można opowiedzieć mimiką, gestem; przypomina, że one często znaczą dużo więcej. Oczywiście jak na amerykański film animowany aż kipi on od symboli, siły miłości i zjednoczenia, wygranej dobra ze złem i ekologicznego przesłania (to chyba nowość) - nie są to jednak upchane na siłę elementy, a zgrabnie ułożone kawałki całkiem niezłej całości. Urocze.
>
wall-e
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz