co nas kręci, co nas podnieca - zapowiedź

Jestem przerażona!!!! Właśnie widziałam zapowiedź, która mnie przestraszyła nie na żarty. Nie dość, że zostałam zaatakowana hasłami - Najśmieszniejszy film Allena, Allen jak za dawnych lat (tego typu narzucające się hasła pisane dużą czcionką zawsze wydają mi się podejrzane); to na dodatek pokazane fragmenty filmu, łagodnie rzecz ujmując nie śmieszyły mnie... co więcej nie rozpoznałam w nich typowego poczucia humoru, a właściwie wogóle żadnego nie znalazłam! I jeszcze ten beznadziejny podkład muzyczny...Byłam i jestem wciąż bardziej niż zdegustowana. Opuściłam kino, nie myśląc o filmie, który widziałam, a zachodząc w głowę - czy to możliwe żeby Woody Allen nakręcił coś, co zapowiada się na AŻ tak kretyński film?
Na szczęście istnieje youtube gdzie znalazłam amerykańśki zwiastun - o niebo lepszy. Także jeśli tylko zobaczycie na ekranie olbrzymi napis o najśmieszniejszym filmie Woody'ego Allena - natychmiast radzę zamknąć oczy i zatkać uszy, a w domu obejrzeć sobie to:
http://www.youtube.com/watch?v=7vvDhtfil3U

Alicja w krainie czarów

Bajka o Alicji tak jak o Puchatku czy Piotrusiu Panu ma co najmniej kilkanaście znaczeń i niezliczoną ilość symboli, jest historią na tyle wielowarstwowa, że próba jej ekranizacji wiąże się z podjęciem wyboru – na czym się skupić? U Tima Burtona mamy Alicję, dziewczynkę z olbrzymią wyobraźnią, która nie do końca chce wyjść za mąż za lorda (będącego jej przeciwieństwem) czego oczywiście oczekuje od niej rodzina… Bohaterka nie wie kim jest, ale na pewno nie Tą Alicją, której wszyscy szukają (i to zarówno w, jak i poza króliczą norą). Buntuje się przeciw przeznaczeniu, za wszelką cenę chce decydować za siebie (nie wie jednak, że te wybryki też zostały przewidziane). Co prawda w tej kwestii mam wrażenie, że trochę za bardzo zbliżył się do Opowieści z Narni. Mamy zatem walkę z przeznaczeniem, uporczywe poszukiwanie samego siebie zakończone oczywiście sukcesem i na tym bym poprzestała. Nie oczekiwałam od Burtona bardziej skomplikowanej treści, przesłania ukrytego za milionem aluzji, symboli, alegorii – wręcz spodziewałam się swego rodzaju wariacji na temat Alicji. Przekaz filmu jest banalny, zrozumiały chyba nawet przez dzieci. Cały film jest jak na Burtona przystało bardzo kolorowy. Reżyser zabiera nas do swojego świata i muszę przyznać, że jest w tym konsekwentny. Wizualnie, w odbiorze Alicja bardzo przypomina mi zarówno Charliego i jego fabrykę czekolady, jak i Gnijącą pannę młodą. Wszystkie trzy filmy to ekranizacje bajek i szczerze mówiąc wcale mi nie przeszkadza przyjęta przez Burtona konwencja. Mówiąc o samej formie muszę zaznaczyć, że nie widziałam Awatara, ale po Alicji nie mam już potrzeby jego oglądania. Efekty podobno są gorsze od tych z filmu Camerona – mi wystarczyły i nawet się podobały, tylko szczerze mówiąc całe to efekciarstwo nie jest dla mnie naturalnym etapem rozwoju kinematografii, ale może nie znajduję w grupie docelowej tej technologii? Zwłaszcza, że poprzedzające film zapowiedzi zbliżających się produkcji w tej technologii nie zachęciły mnie zbytnio do ich obejrzenia, a nawet z ulgą odetchnęłam na myśl o 7 filmach, których nie czuję potrzeby zobaczyć!

Lourdes

Lubię filmy bez przypadkowych scen i bohaterów. Historie dokładnie przemyślane, konsekwentnie prowadzone, z postaciami niezbędnymi do pokazania myśli reżysera/scenarzysty. Takie jest Lourdes – wszystko jest tu na swoim miejscu, spójne, bez zbędnych ujęć, postacie pokazujące problem z różnych punktów widzenia – i sam pomysł. Film można odbierać w kilku płaszczyznach: jest tu pytanie o religię, cud, wiarę, nadzieję – czym są dla nas, czy i jaka jest ich rola i sens, o wartości. Tymczasem akcję filmu można określić jednym zdaniem: Kamera towarzyszy niepełnosprawnej dziewczynie w pielgrzymce do Lourdes. Opis sugeruje historię o nadziei na cud i głębokiej wierze. Bo z czymże innym kojarzyć się może grupa wierzących przybyła do świętego miejsca znanego z uzdrawiających mocy. Tymczasem już w drugiej scenie z jej ust pada zdanie: Przyjechałam tu, bo pielgrzymowanie to jedyny sposób na wyjście z domu. Ciach i wszystko niby jest jasne, dziewczyna traktuje wiarę jako narzędzie pozwalające na poznanie świata, kontakt z ludźmi, pielgrzymi ze zrozumieniem kiwają głowami, pokrzepiają, że to przemiana wewnętrzna jest tą najistotniejszą dla człowieka – wszakże ciało to tylko tymczasowe mieszkanie duszy. Niby, bo następuje zwrot akcji – ma miejsce cud – dziewczyna wstaje. I w tym momencie wychodzi na jaw niejednorodność całości, jaką jest pokazywana grupa - pokazują się ogromne różnice. Okazuje się, że wydarzenie budzi wiele skrajnych reakcji – od podważającego go lekarza, poprzez opinie, że stała się niesprawiedliwość (bo dziewczyna przyjechała do Lourdes pierwszy raz), po oddawanie mu czci. Zresztą i sama bohaterka ma wyraźny problem z odnalezieniem się w danej sytuacji. Następuje zderzenie rzeczy świętej, ze światem XXI wieku - zamiast pozytywnych emocji pojawiają się niemal natychmiast: zazdrość, zwątpienie, pycha. Okazuje się, że nadzieja bywa często potwornie egoistycznym uczuciem, że istnieje niezależnie od wiary, że wreszcie często tylko wydaje nam się, że wierzymy. Wewnętrzna przemiana, o któej często mowa w filmie okazuje się być trudną do zrealizowania i niesamowicie iluzoryczną. Trudne jest powierzenie Bogu swojego ciała, siebie samego i zdanie się na jego wolę - spełnienie naszych najgłębszych marzeń stawia nas przed konfrontacją z czymś, co jest kompletnie nieznane - innym środowiskiem, w którym tylko wydaje nam się, że świetnie się poruszamy. Każda z postaci prezentuje inną opinię na temat wydarzenia, prezentując różnice we współczesnym stosunku do świętości i duchowości. To brzmi banalnie, ale pokazane jest w niesamowicie spójny sposób, który nie drażni (między innymi dzięki świetnym dialogom i montażowi z wyczuciem) – choć zestawia obok siebie skrajności, pokazane czasem w wręcz sztampowy sposób. Myśli płynące z ekranu nie są nachalne, niektóre bardziej, inne mniej świdrują w głowie. Nie narzucają odpowiedzi, ba w ogóle ich nie dają. Historia ta stawia nam pytania, nie oceniając nas po naszych odpowiedziach.

Rocky

Co takiego jest w Rockym, że aż tak elektryzuje? Historia kina zna niezliczoną ilość podobnych historii o dostawaniu szansy od losu i jej wykorzystywaniu i przemianie głównego bohatera: jego dowartościowaniu, przewartościowaniu, awansie społecznym. O tych wszystkich elementach puzzli, z których składa się człowiek. Po ich ułożeniu często jak Rocky staje się z podniesionymi rękami do góry w geście zwycięstwa - zdobyty został upragniony cel. Takich historii powstało, i wciąż kręci się mnóstwo - część oparta na faktach, inne będące tworem wyobraźni. Większość z nich kurzy się na półkach archiwum, a do Rocky'ego powraca się nieustannie od dwudziestu lat.

The Hurt Locker

Powinnam zacząć od tego, że kino wojenne, obok horrorów należy do gatunków przeze mnie raczej omijanych. Te pierwsze są często dla mnie zbyt brutalne, na tych drugich najzwyczajniej się boję, a tego nie lubię. Na ‘Hurt locker’ trafiłam przypadkiem, czekając na rozdanie Oskarów. Pomimo pozycji horyzontalnej na kanapie i późnej pory seansu – nie usnęłam. Historia mnie wciągnęła, choć nie pochłonęła bez reszty. Paradokumentalny styl doskonale skomponował się z historią w zasadzie bez historii. Miałam wrażenie, że oglądam serię zdarzeń, a nie klasyczną opowieść. Dlatego też zdziwił mnie Oskar za scenariusz, którego obecności nie zauważyłam. Bynajmniej nie jest to zarzut, nie wiem nawet, czy systematyczne prowadzenie historii ku jakiemuś zakończeniu nie popsułoby efektu. Bo całość jest efektowna, a w filmie podoba mi się wiele rzeczy, od gry aktorskiej, na samym pomyśle i (wydaje mi się) autentyczności kończąc. Główny bohater jest saperem o życiu osobistym z którym chyba sobie nie radzi (a przynajmniej takie odebrałam z ekranu sygnały) i to nie dlatego, że jest ono skomplikowane, ale że go przerasta. Tak, jakby było zbyt trudne do opanowania. Przeciwnie jest z bombami – ryzykuje, często balansuje na krawędzi, spotyka się z krytyką ze strony kolegów (zarzucają mu zbytnią zuchwałość), ale w ich rozbrajaniu nie ma sobie równych. W zetknięciu z materiałem wybuchowym, błyskawicznie ocenia sytuację, jego ruchy są precyzyjne, i zdaje się czuć jak w swoim środowisku naturalnym. I po 365 dniach misja się kończy, a tym samym powrót do domu i życie bez ciągłego dopływu adrenaliny, balansowania na granicy – tylko z pozoru prostsze. Tę pozorność doskonale odzwierciedla scena zakupów. William ma kupić płatki, staje w supermarkecie przed półką, z co najmniej kilkunastoma ich rodzajami i okazuje się, że dokonanie wyboru jednych, najzwyczajniej go przerasta. I wcale mnie nie dziwi jego powrót na front (choć wcześniej wręcz liczone są dni do końca misji) gdzie czuje się jak w domu. Nieważne w tym filmie jest miejsce akcji, że to jest Irak, 21 wiek. Właściwa akcja ma miejsce wewnątrz umysłu bohatera, ciągłym poczuciu zagrożenia, uzależnieniu od adrenaliny i wreszcie asymilacji. Tak doskonałemu wpasowaniu się w krajobraz wojenny, że życie poza nim jest trudne, a może wręcz niemożliwe? I to wydaje mi się okrutnie prawdopodobne. Konflikt, ciągła walka gromadzą się w żołnierzach, którzy są jak pionki na szachownicy, a swój ból przechowują gdzieś bardzo, bardzo głęboko.

The ghost writer

Nie poszłam na Autora widmo. Wybrałam się na najnowszego Polańskiego. Niektóre nazwiska to jak marki, które predestynują jakość samą w sobie niewymagającą jej sprawdzenia. Dobrze, że rezerwację zrobiłam dużo wcześniej – jak przyszłam biletów już nie było. Ciekawe, czy gdyby Polański był na wolności ludzie równie chętnie wykupywali by bilety. Chciałabym żeby tak było. Marzy mi się dzień w którym ciężko będzie się dostać na najnowsze produkcje Almodovara, Inarritu, czy innych. Tymczasem, to co działa jak magnes są: skandal wokół reżysera, Harry Potter, najnowsze technologie użyte w kinie (mam na myśli Awatara, co akurat jestem w stanie zrozumieć). Inteligentne kino nie cieszy się dużym powodzeniem, a szkoda. Na ten temat mogłabym się rozpisać w nieskończoność, także może wrócę do filmu. Zapowiedź filmu sugerowała historię jakich wiele się realizuje po zachodniej stronie Oceanu z różnym skutkiem. I z takim nastawieniem szłam do kina – na inteligentny thriller, którego zakończenie nie będzie wymownie sugerowane od trzeciej sceny. Nie mogłam się powstrzymać od zgadywania zakończenia, i nie powiem, rozwiązanie niewiele odbiegało od moich przypuszczeń, ale za to jak się oglądało! Hitchcock mawiał, że w dobrym filmie widz powinien cały czas być utrzymywany w napięciu. I napięcie czuć było jak w najlepszych produkcjach noir. Momentami ( jak np. scena zeskoku z promu i następujące) czułam się w skórze bohatera (którego imię nie pada ani razu w filmie) i tak jak on traciłam grunt pod nogami nie wiedząc kto jest dobry, a kto zły. Jest duchem postacią, która właściwie mogłaby nie istnieć, albo istnieje, tylko nikt nie wie o jego egzystencji. Ciężko przeanalizować głębiej tą ewentualną symbolikę, znaczenie postaci, która de facto, patrząc z zewnątrz nic nie zmienia nie ujawniając zakończenia. Duch zatacza swego rodzaju koło. Drąży, próbuje coś zmienić, inwigiluje, ale przecież nie istnieje, więc jak cokolwiek ma być zmienione? Gdzieś pod powierzchnią spokojnej tafli trwa burzliwe dochodzenie, ale nie ujrzy ono światła dziennego, zresztą gdyby nawet – czy ktokolwiek wziąłby na poważnie słowa kogoś, kto jest duchem?
W jednych z głownych ról: Pierce Brosnan (powszechnie znany jako James Bond) i Samantha z Seksu w wielkim mieście (Kim Cattrall). Ich gra, nawet w najmniejszych ruchach nawet nie przypominała ich najpopularniejszych ról. Prowadzenie aktorów, dobór scenerii(z wszechobecną szarością), prowadzenie kamery z jakże precyzyjnie dobranymi kadrami, no i montaż (robiony przecież częściowo pod nieobecność reżysera) spowodowały, że nie zdziwiłam się jak po wyjściu z kina dowiedziałam się o przyznaniu mu Srebrnego Niedźwiedzia. Innych filmów konkurujących o tę nagrodę nie widziałam i nie wykluczone, że nagroda miała wymiar polityczny. Nawet jeśli, to niech Hollywodzcy reżyserzy zobaczą jak można z przeciętnej historii (scenariusz jest dla mnie wątpliwy – począwszy od jego autentyczności) stworzyć doskonały film noir. A zasługa w tym z pewnością Romana Polańskiego. I nie mogę się już doczekać, aż będę mogła znowu wybrać się na najnowszego Polańskiego.

królik po berlińsku

Królika pokochałam zanim jeszcze powstał. Bartek Konopka z Maciejem Cuske wpadli do nas na wydział z Kuracją i filmem o kozach, które były fantastyczne. I tak zaczęłam śledzić ich dokonania. Na koniec spotkania Bartek coś wspomniał, że wybiera się robić film o królikach co zostało przyjęte śmiechem. A później był zeszłoroczny Doc review, nagroda i mój zachwyt. Ciotka B. coś kręciła nosem na montaż, że film za długi. No może i tak... Ale zbyt długie zakończenie nie przeszkodziło mi w zakochaniu się w tych uroczych uszatych stworzeniach, które przecież są nami samymi (czy też raczej trochę starszym pokoleniem) I nie zgadzam się, że zostały uprzedmiotowione. Dla mnie to niechcący wplątane w historię naszej części Europy stworzenia, które jednocześnie mogą stanowić doskonałą bazę do symbolicznych opowieści. Dziwię się, że na pomysł takiej historii nie wpadł nikt wcześniej. A dzisiejszej oskarowej nocy liczą się dla mnie wyłącznie króliki...

unmade beds

Trzy tygodnie czekałam, dwa razy otarłam się o seans... i jakoś w końcu dziś wyszło. I wyszło najlepiej. Bo wszystko ma swój czas najodpowiedniejszy. Bo to nie jest film o szukaniu miłości, o jej znajdywaniu; o tym co przed, co potem i jak dobrze jest znaleźć to czego szukamy. Na ekranie spotkałam ludzi mających jasno postawione cele - wiedzieli czego chcieli, tymczasem nieznośnie trwonili czas, słaniali się z miejsca na miejsce, zapijali czas alkoholem. W pierwszym momencie rozdrażniło to moje poczucie obsesji nie marnowania czasu. Tylko, że oni nie trwonili tego czasu, ta bezczynność była im niezbędna. Pozornie wyglądało to na ucieczkę. Paniczny odwrót przed tym co musi nastąpić. Każde z nich miało marzenie, każde było o krok od jego spełnienia. Okazuje się, że stajemy naprzeciw tego, czego tak bardzo pragnęliśmy i ten ostatni krok jest najtrudniejszy. Na chwilę przed nim pojawia się dziwne uczucie, łączące pustkę, samotność, potworną chęć i przerażenie. Gdzieś wewnątrz odgrywa się olbrzymia bitwa pomiędzy strachem a odwagą do wystąpienia naprzód. Jak napotkana dzika zwierzyna, która jednocześnie jest ciekawa człowieka, ale i aż drży z przerażenia. Dla mnie to film o tych dreszczach, o uczuciu paniki, kiedy trzeba podjąć ryzyko i o tym, że niestety czasem okazuje się, że to nie jest moment na ich spełnienie. To film o tym jak my i nasze marzenia mijamy się jak pociągi na równoległych torach. I o tym, że nie ma co żałować jak się miniemy, nie ma co myśleć 'co by było...' bo okazuje się, że gdzieś jest stacja na której pociągi zatrzymują się równocześnie. Możemy gonić marzenia śledząc ich drogę by wyjść im naprzeciw, można też usiąść w miejscu i poczekać aż pociąg nadjedzie sam.... To bardzo optymistyczny film.

jarmusch

Pamiętam, że 'Kawę i papierosy' oglądałam do snu leżąc sobie w łóżeczku, czy też raczej powinnam powiedzieć starałam się obejrzeć walcząc ze snem. Tak, to zdecydowanie nie był film na którym bez trudu można by się skupić i śledzić akcję będąc w pozycji horyzontalnej i typowym stanie prawieżeśpiacym. Później było 'Broken Flowers', w którym te typowe kilku minutowe ujęcia, sceny bez słów tak szczelnie dopełniały całość i komponowały się, że nie to, że były niezauważalne, ale stanowiły niezbędny oddech dla toczącej się akcji poszukiwawczej. Gdzieś przed nim urzekający mnie Ghost dogc(który chyba podobał mi się najbardziej), Noc na ziemi (swego czasu wbiła mnie w kanapę). No i ostatni tytuł: The limits of control. Tytuł, którego nikt nie odważył się nawet tłumaczyć (podoba mi się takie myślenie). Na plakatach przykuwa uwagę: nowy rodzaj thrillera. Długo o tym myślałam, o tym, o filmie... i zmienia mi się zdanie z czasem muszę przyznać. Przysnęłam trzy razy, przyznaję się. I mogłabym faktem tym obarczyć niewyspanie, lekki kac, nadmierny wysiłek fizyczny, albo nieznośną temperaturę panującą w sali. I owszem, wyszłam z filmu z lekkim grymasem na twarzy podwarzającym geniusz tego filmu. Przyznaję się - byłam pewna, że gdyby ten film nakręcił ktoś z nieznanym nazwiskiem, a osoby pojawiające się na ekranie nie były by pokroju Tildy Swinton czy Billa Murray to film ten przeszedł by bez echa. Tak jak 'Castro' Alejo Moguillanskyego, pokazywany na ostatnim Festiwalu Warszawskim. Obie historie łączy zagmatwanie, pogoń (u Jarmusha bardziej w cudzysłowiu choćby ze względu na bijącą wręcz medytacyjną powolność) za kimś co kryje się wciąż poza ekranem i zasięgiem widza. Czymś co jest poza naszą kontrolą. Byłam przekonana, że film ten mogę sobie spokojnie odłożyć w te partie móżgu, które odpowiedzialne są tylko za archiwizowanie danych. Tak mi się wydawało, ale później zostałam zaatakowana entuzjastycznymi recenzjami, zachwytem innych. No i zaczęłam myśleć dalej. Bo może chodzi o te limity kontroli widza nad tym, co ogląda? Że nie każdy thriller kończy się tak jak myślę od średnio 10 sceny. Że guzik, tym razem nie mam żadnej władzy nad reżyserem, scenariuszem, aktorami - tym razem to reżyser zrobi tak jak chce, a nie jak ja się spodziewam... I wszystko byłoby dobrze, film zostałby przeze mnie zakwalifikowany jako dobry, ciężki i chyba nie do końca doceniony przeze mnie, ale niezaprzeczalnie istotny. Tak by było, gdyby nie recenzja Michała Oleszczyka w Kinie (02/2010). O mały włos nie przejechałam stacji metra, szczęka mi opadła i znaleźć jej nie mogłam. Zaskoczył mnie ten artykuł. To tak jak w reklamie kredytu, - agent nieruchomości przemienił dwupokojowe mieszkanie w cztero. Film objawił mi się w zupełnie innych barwach. I może momentami recenzja sprawiała wrażenie lekko/mocno naciąganej intelektualnie znajdując symbole, które może wcale nie były symbolami. Bo i ja zauważyłam hasła powtarzające się, i relację z kobietą w przeciwdeszczowym płaszczu, i zmieniające się kolory garniturów, ale wyraźnie nie zauważyłam niedostrzegalnego - a może to recenzent dostrzegł coś niewidzialne? Nie wiem, tego nigdy nie wiadomo. Wiem, że jedno zdanie utkwiło mi w głowie: '...zmiana jest wszechogarniająca, nawet jeśli pozostaje niedostrzegalna.' I coś w tym jest... Choć dla mnie morderstwo i tak pozostało zaplanowanym, a nie naturalnym następstwem zachodzących zmian.

PIERWSZY KLAPS

Długo można by myśleć od którego z filmów zacząć. Wogóle początki są trudne. Bo i od którego tu zacząć? Tego, którego pamiętam jako pierwsze, poważne dzieło obejrzane w moim życiu leżąc pod kołdrą w babcinym łóżku? pierwszy film, zobaczony dzięki instalacji telewizji kablowej? mój pierwszy festiwal filmowy? a może ten, do którego niezmiennie wracam co jakiś czas? Nie mam ulubionego filmu. Nie każdy film nadaje się na każdą okazję, nie każdy można z każdym obejrzeć. Nałóg rozpoczął się niewinnie, od wieczorów pod babciną kołdrą. Po wiadomościach babcia zasiadała w fotelu, mi udostępniając miejsce pod kołdrą i rozpoczynały się dla mnie najprzyjemniejsze chwile - wieczorne seanse filmowe...