Trzy tygodnie czekałam, dwa razy otarłam się o seans... i jakoś w końcu dziś wyszło. I wyszło najlepiej. Bo wszystko ma swój czas najodpowiedniejszy. Bo to nie jest film o szukaniu miłości, o jej znajdywaniu; o tym co przed, co potem i jak dobrze jest znaleźć to czego szukamy. Na ekranie spotkałam ludzi mających jasno postawione cele - wiedzieli czego chcieli, tymczasem nieznośnie trwonili czas, słaniali się z miejsca na miejsce, zapijali czas alkoholem. W pierwszym momencie rozdrażniło to moje poczucie obsesji nie marnowania czasu. Tylko, że oni nie trwonili tego czasu, ta bezczynność była im niezbędna. Pozornie wyglądało to na ucieczkę. Paniczny odwrót przed tym co musi nastąpić. Każde z nich miało marzenie, każde było o krok od jego spełnienia. Okazuje się, że stajemy naprzeciw tego, czego tak bardzo pragnęliśmy i ten ostatni krok jest najtrudniejszy. Na chwilę przed nim pojawia się dziwne uczucie, łączące pustkę, samotność, potworną chęć i przerażenie. Gdzieś wewnątrz odgrywa się olbrzymia bitwa pomiędzy strachem a odwagą do wystąpienia naprzód. Jak napotkana dzika zwierzyna, która jednocześnie jest ciekawa człowieka, ale i aż drży z przerażenia. Dla mnie to film o tych dreszczach, o uczuciu paniki, kiedy trzeba podjąć ryzyko i o tym, że niestety czasem okazuje się, że to nie jest moment na ich spełnienie. To film o tym jak my i nasze marzenia mijamy się jak pociągi na równoległych torach. I o tym, że nie ma co żałować jak się miniemy, nie ma co myśleć 'co by było...' bo okazuje się, że gdzieś jest stacja na której pociągi zatrzymują się równocześnie. Możemy gonić marzenia śledząc ich drogę by wyjść im naprzeciw, można też usiąść w miejscu i poczekać aż pociąg nadjedzie sam.... To bardzo optymistyczny film.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz