co nas kręci, co nas podnieca - film
Nareszcie! Powrót do Nowego Yorku zajął Woodyemu Allenowi 5 lat. Nigdy tam nie byłam, ale dzięki niemu już kocham to miasto. W swoich filmach stworzył miejsce cudowne, zmieniające ludzkie życie, uwalniające człowieka. Nowy York to miasto, w którym niektórzy znajdują miłość, zagubione dzieci, albo geja w skrajnie konserwatywnej duszy, a katoliczka w stylu Barbie nagle rozpoczyna artystyczne życie w trójkącie. Magiczne miasto - ciekawa jestem czy kiedykolwiek pojawiło się w napisach końcowych, obok nazwisk gwiazd?
Abstrahując jednakże od mojej ulubionej Allenowskiej postaci, na ekranie zobaczyłam też samego reżysera. Larry David na szczęście nie próbował go ani przedrzeźniać, ani naśladować. Fizycznie - podobny, ale nie przesadnie. Borys - genialny w swym przekonaniu Żyd narzeka na wszystko, a wszyscy są idiotami. I jest w tym więcej ujadania niż gryzienia, mówiąc za główną bohaterką, a nawet można powiedzieć, że samo ujadanie. Trudno stwierdzić czy jest szczęśliwy, jeśli nawet - to zaprzecza temu zapewne w sekundę po pojawieniu się tego uczucia. Na pewno jest wierny sobie, czyli bierze z życia cokolwiek, które urasta wręcz do rangi manifestu. Nic (nawet idee, religie) nie jest wieczne, pewne, stałe. Wszystko trwa najwyżej sekundę za sprawą miliona następujących po sobie przypadków. Czy da się być bardziej zgryźliwym?
Cieszę się, że nie wystraszyła mnie Vicky, Christina, Barcelona (w myśl mojej teorii spiskowej - największy product placement jaki widziałam na ekranie) ani przerażający trailer filmu. Swojego życia nie zmienię, katharsis nie było, ale za to uśmiałam się, rozluźniłam. I o to chodziło. Czasem nie da się osiągnąć wszystkiego, o czym kulejący bohater wie najlepiej... Chylę czoła mistrzowi sarkazmu i niepowtarzalnych dialogów.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz