seabiscuit
Niektóre filmy mają wartość czysto sentymentalną, a jeśli do tego nie zostały fatalnie zrealizowane, automatycznie stawiane są wśród filmów najważniejszych.
Zawsze płaczę, gdy Seabiscuit po raz pierwszy pojawia się na ekranie powoli wychodząc z mgły. Jego historia różni się trochę od tego filmowego życiorysu, ale jest nie mniej dramatyczna.
W dzieciństwie wolny czas spędzał drzemiąc w cieniu drzew (pomimo narowistego ojca), jadł za dwóch (będąc niewielkiego wzrostu), i miał doskonałe pochodzenie - mimo to nie zyskał uznania u trenera. Ten wytrenował go na konia towarzyszącego chempionom. Wielokrotnie zmuszany do przegrywania, podczas swoich występów na torze robił to, do czego go przyuczono - przegrywał. Koń nie miał łatwego życia, wielokrotnie próbowano go złamać w celu osiągnięcia lepszych wyników. Stał się narowisty, a biegał wciąż przeciętnie. Później przyszła kontuzja i wszyscy byli przekonani, że to koniec jego kariery. I wtedy wraz z wielkim kryzysem ekonomicznym pojawił się właściciel z wizją, trener z pasją i dżokej, który tak jak Seabiscuit wciąż czekał na swoją szansę, pomocne wyciągnięcie ręki. Trzech mężczyzn odkryło niepokonanego Seabiscuita - konia roku 1938, który wygrał w wielkim i przepięknym pojedynku z olbrzymim War Admiralem (numer 13 na liście najlepszych amerykańskich koni wyścigowych). Był w dołku, ale się wygrzebał - dokonał rzeczy wielkich pomimo małego wzrostu. Stał się bożyszczem tłumów - nadzieją, symbolem odradzającej się Ameryki. Pokazał, że wyścigi to nie tylko prędkość, ale i waleczne serce.
'Każdy koń jest w czymś dobry (...) nie można przekreślać mu życia tylko dlatego, że los dał mu w kość'
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz