New york, i love you
Jak nakręcić film o mieście? Czy to powinien być obraz jego mieszkańców, pierwsze wrażenie jakie robi na turystach? Film o architekturze, o jego historii? A może powinna być to chłodna obserwacja, taka którą prowadziła jedna z bohaterek – z kamerą w ręku jeździła taksówką, przechadzała się po ulicach, obserwowała mieszkańców, słuchała ich opowieści. Tylko taki materiał ciężko jest podciągnąć pod kino popularne jednocześnie mające promować dane miejsce. Producent wpadł na pomysł niezwykle chwytliwy - miłość. To uczucie i wszystkie jej odmiany są chyba najpopularniejszym z tematów, przyciągającym miliony do kin, księgarni i radia od zawsze. Pisze się miliony piosenek, książek, wierszy, kręci filmy, a temat wciąż zdaje się być niewyczerpany. Bo miłość zmienia wszystko. Wszystko jest niby takie samo jak zawsze, tylko zupełnie inne. Jest bardziej magiczne, mniej oczywiste? Gdyby udało się uchwycić to coś na taśmie filmowej... Zadanie niełatwe, ale nie jest niewykonalne. Założę się, że nie jestem jedyną osobą, która Nowy Jork z filmów Woodyego Allena wprost uwielbia. I w tym filmie też jest parę takich momentów, gdzie miasto się uśmiecha, puszcza oko do widza. Tylko mi cały czas przypominało się poprzednie dzieło Emmanuela Benbihy - Paris je t'aime. Film, który przyprawił mnie o ciarki, który pokazał magię Paryża. Oczywiście jak to zazwyczaj bywa w wielowątkowych opowieściach miał swoje lepsze i gorsze momenty, ale po wyjściu z kina otoczenie jawiło mi się w innych kolorach - poczułam się zarażona to pasją, którą wyrażał film. Film o Nowym Jorku nie jest zły, np. sposób powiązania historii ze sobą podoba mi się bardziej niż w historii paryskiej, ale to coś co przyprawia o dreszcze gdzieś się rozmywa... Są momenty, które chwytają za gardło - jak wątek nakręcony przez Natalie Portman, opowieść o staruszkach, czy fantastyczna rozmowa Chrisa Coopera przy papierosie. W wielu scenach widać błysk miasta, ale dla mnie to za mało. Czegoś mi zabrakło żeby uwierzyć Alicii Keys, że Nowy Jork jest jedynym takim miejscem na Ziemi.
Gran Torino
Walt Kowalski jest konserwatywnym, zgorzkniałym starcem, do tego potwornym rasistą. Jego lepsza połowa umiera wraz ze śmiercią żony, a sąsiedzi wyprowadzają się do lepszej dzielnicy. Zamiast nich pojawia się rodzina emigrantów z Azji, która nie dość, że narusza jego przestrzeń, to co gorsze jest dla niego wciąż miła. Weteran wojny koreańskiej wyznaje proste zasady - nie należy mu wchodzić w drogę. Tymczasem obok niego biegnie życie takie jakie znamy wszyscy: pełne zazdrości o piękny samochód dziadka, pogoni za pieniędzmi, zyskiem. Świat się zmienia na ten pełen prostych dróg do celu, żądzy, agresji, zazdrości. Najprostsze wartości jak dobro, miłość, rodzina tracą na ważności. W takim świecie znajduje się Walt - konserwatysta trzymający się swoich zasad, podejrzliwie patrzącego na zmiany jakie zachodzą dookoła niego. Sprawia wrażenie uśpionego kowboja, czekającego tylko na sygnał by rozpocząć swą krucjatę przeciw złu. Czara goryczy przelewa się gdy lokalny gang skrzywdzi córkę wiecznie miłych i bezinteresownych sąsiadów. Weteran budzi się do walki o sprawiedliwość. I, nie wdając się za bardzo w szczegóły, tak jak w każdym westernie dobro zwycięża zło, a czarne charaktery ponoszą karę. I tylko w finale jest już dawno po zachodzie słońca...
Videocracy
Ten film nie odkrył nic nowego. Pokazał wszystko co wiadomo od dawna i obserwuje się na co dzień - Media stanowią najwyższą i niepodzielną władzę w państwie. Tym ciekawiej ogląda się historię o telewizji i jej sile w kontekście Włoch, gdzie 80% społeczeństwa czerpie z niej opinie, i na której 90% czele stoi premier Silvio Berlusconi. Wideokracja to opowieść o specyficznej relacji pomiędzy telewizją, a jej widzami. To z jednej strony historia ludzi sławnych, bogatych, wpływowych. Z drugiej próba zaistnienia, bycia kimś, czyli pojawienia się na wizji i to w roli bardziej zauważalnej niż publiczność teletunieju. Poznajemy przyjaciela premiera - "białego człowieka w białym domu z białymi meblami" - potentata medialnego, który wedle upodobania faworyzuje gwiazdki telewizyjne i celebrytów; trenującego karate tokarza pragnącego zostać Włoskim połączeniem Rickiego Martina(ma niezauważalny talent piosenkarski) i Schwarzeneggera(12 lat trenuje karate) oraz Fabrizia Coronę - współczesnego Robin Hooda (zabierającego bogatym dla siebie), który obracając się wśród elity szantażuje ich zdjęciami z ukrycia. To opowieść o Włoszech, gdzie dziewczyny marzą o zostaniu Veline, czyli skąpo ubraną asystentką prowadzącego program, która nie ma prawa głosu, lecz co pewien czas wykonuje uwodzicielski taniec przyciągający uwagę widza. Czemu? Bo wszystkie marzą o piłkarzu za męża... Tymczasem mężczyźni prężą muskuły, ćwiczą, dużo czasu poświęcają swemu wyglądowi. Chcą być kimś niepowtarzalnym, rozpoznawalnym, znanym, bogatym. Wszyscy chcą być tak piękni jak postacie z telewizji, wszyscy chcą do telewizji. To takie powszechne...
Para do życia
Sauna już z samego założenia ma w sobie coś mistycznego. To miejsce, które przełamania wymaga już na progu. Wszakże nagość stanowi wciąż pewne tabu, dla niektórych barierę, dla części wręcz nieprzekraczalną. Film Joonasa Berghäll I Miki Hotakainen pokazuje, że wraz ze zrzuceniem z siebie ubrań bardzo często odsłania się dusza. Pewne jej elementy, głęboko skrywane problemy, doświadczenia znajdują ujście i wychodzą na wierzch. To te rzadkie momenty kiedy największy twardziel potrafi okazać wrażliwość małego dziecka.
Po seansie reżyser powiedział, że starał się stworzyć poetycki portret Fińskiego mężczyzny. Postaci, który kojarzy się z siłą charakteru, twardością. Okazuje się, że mężczyźni w Finlandii tylko pozornie są jak lodołamacze, które prą do przodu bez problemu pokonując przeszkody napotkane na drodze. Tak jak sauna wewnątrz pokazanego w filmie kombajnu, tak wnętrze lodołamaczy jest nieprawdopodobnie ciepłe i wrażliwe. Ich problemy, bolesne doświadczenia, przeżycia kumulowane wewnątrz hartują bohaterów, ale tak jak to bywa zazwyczaj również i dręczą. Najlepszym lekarstwem na ten rodzaj bólu jest wysoka temperatura. Bohaterowie filmu (wyłącznie mężczyźni) po przekroczeniu progu sauny opowiadają sobie bolesne historie z ich życia, z którymi ciężko im się żyje, pojawiają się łzy. W aspekcie próby pokazania 'portretu Fina' trochę mnie zawiodło takie dość jednostronne pokazanie problemu. Odniosłam wrażenie, że sauna staje się miejscem ciężkich rozmów i w zasadzie prowadzone są tylko takie... Jednak im bardziej zastanawiam się nad tym filmem tym bardziej myślę sobie, że moim błędnym założeniem było odbieranie tego, jako generalnego obrazu. Ten film to opowiedzenie o tym wspomnianym wcześniej ciepłym i wrażliwym wnętrzu, o pewnym katharsis, które w kulturze Fińskich twardzieli może być kojarzone właśnie z sauną. Cytując reżysera: Fiński mężczyzna w depresji nie pójdzie do lekarza co może być odebrane jako oznaka słabości - pójdzie do sauny.
Iron Man 2
Och jak się cieszyłam na majówkę, a wraz z nią odrobienie kinowych zaległości. I nawet dzisiejsza ulewa sprzyjała dobrym filmom... Ale jakoś nie wyszło - górę wzięły emocje i po raz kolejny przekonałam się, że może być wiele powodów do obejrzenia filmu. Nie jestem fanką ekranizacji komiksów, z superbohaterów uwielbiam właściwie tylko Batmana, a obsada Iron mana 2 nie zrobiła na mnie wrażenia - raczej szkoda mi dobrych aktorów spłacających kredyty takimi dziełami. Niemniej dwu godzinną walkę o uratowanie świata oglądało mi się bardzo dobrze, choć pewnie obcięła bym to starcie o parę scen, a niektóre bym mocno skróciła. Wzdychałam co i rusz do głównego bohatera, razem z nim łącząc się w bólu i czasem tyle wystarczy by wyjść z kina w pełni usatysfakcjonowanym. Tak sobie myślę, że takie filmy też są czasem potrzebne nawet jeśli nie czujemy katharsis, nie wnoszą absolutnie nic nowego, a na dodatek są sequelem. Tym razem nie będzie ani słowa o zdjęciach, scenariuszu czy grze aktorskiej- przestają mieć one jakiekolwiek znaczenie gdy na ekranie oglądam jak świat ratuje Robert Downey jr.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
