Lourdes

Lubię filmy bez przypadkowych scen i bohaterów. Historie dokładnie przemyślane, konsekwentnie prowadzone, z postaciami niezbędnymi do pokazania myśli reżysera/scenarzysty. Takie jest Lourdes – wszystko jest tu na swoim miejscu, spójne, bez zbędnych ujęć, postacie pokazujące problem z różnych punktów widzenia – i sam pomysł. Film można odbierać w kilku płaszczyznach: jest tu pytanie o religię, cud, wiarę, nadzieję – czym są dla nas, czy i jaka jest ich rola i sens, o wartości. Tymczasem akcję filmu można określić jednym zdaniem: Kamera towarzyszy niepełnosprawnej dziewczynie w pielgrzymce do Lourdes. Opis sugeruje historię o nadziei na cud i głębokiej wierze. Bo z czymże innym kojarzyć się może grupa wierzących przybyła do świętego miejsca znanego z uzdrawiających mocy. Tymczasem już w drugiej scenie z jej ust pada zdanie: Przyjechałam tu, bo pielgrzymowanie to jedyny sposób na wyjście z domu. Ciach i wszystko niby jest jasne, dziewczyna traktuje wiarę jako narzędzie pozwalające na poznanie świata, kontakt z ludźmi, pielgrzymi ze zrozumieniem kiwają głowami, pokrzepiają, że to przemiana wewnętrzna jest tą najistotniejszą dla człowieka – wszakże ciało to tylko tymczasowe mieszkanie duszy. Niby, bo następuje zwrot akcji – ma miejsce cud – dziewczyna wstaje. I w tym momencie wychodzi na jaw niejednorodność całości, jaką jest pokazywana grupa - pokazują się ogromne różnice. Okazuje się, że wydarzenie budzi wiele skrajnych reakcji – od podważającego go lekarza, poprzez opinie, że stała się niesprawiedliwość (bo dziewczyna przyjechała do Lourdes pierwszy raz), po oddawanie mu czci. Zresztą i sama bohaterka ma wyraźny problem z odnalezieniem się w danej sytuacji. Następuje zderzenie rzeczy świętej, ze światem XXI wieku - zamiast pozytywnych emocji pojawiają się niemal natychmiast: zazdrość, zwątpienie, pycha. Okazuje się, że nadzieja bywa często potwornie egoistycznym uczuciem, że istnieje niezależnie od wiary, że wreszcie często tylko wydaje nam się, że wierzymy. Wewnętrzna przemiana, o któej często mowa w filmie okazuje się być trudną do zrealizowania i niesamowicie iluzoryczną. Trudne jest powierzenie Bogu swojego ciała, siebie samego i zdanie się na jego wolę - spełnienie naszych najgłębszych marzeń stawia nas przed konfrontacją z czymś, co jest kompletnie nieznane - innym środowiskiem, w którym tylko wydaje nam się, że świetnie się poruszamy. Każda z postaci prezentuje inną opinię na temat wydarzenia, prezentując różnice we współczesnym stosunku do świętości i duchowości. To brzmi banalnie, ale pokazane jest w niesamowicie spójny sposób, który nie drażni (między innymi dzięki świetnym dialogom i montażowi z wyczuciem) – choć zestawia obok siebie skrajności, pokazane czasem w wręcz sztampowy sposób. Myśli płynące z ekranu nie są nachalne, niektóre bardziej, inne mniej świdrują w głowie. Nie narzucają odpowiedzi, ba w ogóle ich nie dają. Historia ta stawia nam pytania, nie oceniając nas po naszych odpowiedziach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz